Pająk u coachownicy

– Co Ty robisz – pytają znajomi.
– Jestem coachem.
– Czym?? – a co to?
I w tym momencie zaczyna się problem. Jak wytłumaczyć coś, co trzeba poczuć? To tak jakby w słowach ująć zmysły i emocje. Wychodzi blado. Tak jak czarnobiałe zdjęcie kwiecistej łąki, bo przecież coaching ma wiele barw.
Ci, którzy posmakują sesji coachingowych zazwyczaj stwierdzają:
– Nie wiedziałem(am), że to tak działa!
Definicje zazwyczaj są mało zrozumiałe dla kogoś kto nie spotkał się z tą metodą. Zatem spróbuję w skrócie:
Coach głównie zadaje pytania i wierzy w klienta, że ów jest najmądrzejszy w swojej sprawie, więc po co mu doradzać (oczywiście pytania to nie jedyne narzędzie coacha).
Zresztą rady mają to do siebie, że rzadko ich słuchamy. Ile mądrych rad mi niegdyś udzielono!
Mam słabość do wiedźm. Dlatego czuję się jak coachownica – krocząca własną drogą, zamiast ziółek parzę ludziom leki na ich problemy i wspólnie wyczarowujemy rozwiązania. Nawet czarnego kota mam, a właściwie kotkę .
Zatem rozpoczynam cykl historii coachingowych z cyklu „Sesje u coachownicy”
Niech moimi klientami będą zwierzęta. Jako pierwszy wszedł pająk Anastazy. Widzicie go? Rozsiada się wygodnie.
Cóż on taki chudy? Zdaje się być nerwowy.
– Nad czym chcesz pracować?, drogi pająku – pytam.
– Ech, w brzuchu pusto, dawno nie złapałem żadnej muchy.
– Dlaczego tak się dzieje?
– Budowanie sieci przychodzi mi z trudnością, a gdy już uda mi się ją stworzyć jest tak słaba, że każdy wpadający w nią owad burzy ją.
Ustalamy, że celem naszego cyklu spotkań będzie to, że pająk co najmniej raz dziennie złapie owada, dzięki czemu będzie najedzony.
Natomiast cel naszej sesji to wygenerowanie pomysłów na to, by dowiedzieć się jak stworzyć trwałą pajęczynę. Mają być co najmniej dwie metody pozyskiwania informacji.
Z pomysłami na początku jest krucho. Pająk zna jedną metodę. Każdy kolejny pomysł to nieznaczne ulepszanie tego, co robił do tej pory. A to postanawia tkać przyśpiewując sobie, a to stwierdza, że przed przystąpieniem do pracy podskoczy trzy razy albo podrapie się po głowie.
Pytam o nowe metody. Głos pająka zaczyna drżeć i nagle wykrzykuje:
– Czego ty ode mnie chcesz? Metoda jest dobra. Taką samą miał mój pra pra pra dziadek, pra pra dziadek, pra dziadek, dziadek i mój ojciec.
– Jak im się wiodło?- dopytuje.
– Jesteśmy pechowcami – wyjaśnia, zanosząc się łzami, pająk. – Wszyscy zginęli w ptasich dziobach! Byli głodni i osłabieni, mnie to samo spotka. Już nie mam sił. Ten to ma dobrze.
Anastazy wskazuje na pająka rozpostartego na sąsiednim drzewie przy pięknie plecionej pajęczynie. Całej jego rodzinie się powodzi. Biednemu jednak zawsze wiatr w oczy.
– Co mógłbyś zrobić, by mieć tak wspaniałą pułapkę jak twój sąsiad.
– To niemożliwe, tamten to bogacz i szczęściarz – wykrzykuje.
Pozwalam klientowi pozbyć się złych emocji. Wracamy do generowania pomysłów.
– Wiesz nigdy nie pomyślałem, że przecież mogę spytać się go jak on plecie swoją pajęczynę – stwierdza mój klient. – Ale co będzie, jak mnie wyrzuci, albo nakrzyczy na mnie?
– Co się wtedy stanie?- drążę temat.
– Właściwie nic. I tak nie rozmawiam z sąsiadem, nie utrzymujemy kontaktów, bo mój dziadek… To chyba nie ma znaczenia. Najwyżej nie poznam metody i spróbuję czegoś innego – stwierdza podekscytowany nowym pomysłem.
– Co jeszcze możesz zrobić, by zrealizować swój cel?
– Mogę spytać inne pająki, przy okazji nawiąże kontakty, bo smutno na świecie samemu.
Mogę też obserwować ich dzieła i uczyć się na dobrych przykładach.
I co jeszcze?
– Najpierw popytam, a potem sam spróbuję różnych technik.
Zostaje nam ustalenie do kogo i kiedy uda się mój klient, jak wiele sieci spróbuje utkać. Umawiamy się na trzy odwiedziny: u Eustachego, Wincentego i Dionizosa. Ćwiczymy kwestię, którą wypowie zbliżywszy się do swojego rozmówcy. Anastazy nie rozmawiał jeszcze z nikim poza członkami rodziny. Deklaruje też codziennie udoskonalać techniki plecenia pajęczyn.
Mam wrażenie, że pająk dostał skrzydeł.
– Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść – wykrzykuje.
-Co bierzesz sobie z dzisiejszej sesji? – pytam na koniec.
Chwila ciszy.
– Myślę, że niepotrzebnie trzymałem się tego, co nie działa. W koło powtarzałem te same błędy. Bezkrytycznie przyjmowałem słowa przodków, chociaż oni kiepsko radzili sobie – zamiast uczyć się od tych, którym dobrze się wiedzie. Założyłem sobie, że sąsiedzi mi nie pomogą, a przecież nawet tego nie sprawdziłem.
A Ty co bierzesz sobie z tej historii, Czytelniczko – Czytelniku?

RELATED POSTS